Obsługiwane przez usługę Blogger.

Krytyka Artystyczna

W Galerii Pod Psem na Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta we Wrocławiu, tym razem możemy zobaczyć prace Joanny Woś, studentki II roku malarstwa. Autorka pod kierownictwem Normana Smużniaka, zaprezentowała serię ośmiu obrazów olejnych. Przestrzeń galeryjna jest dość niewielka, jednak dobrze rozmieszczone płótna, niweluje poczucie stłoczenia. Odbiorca na pierwszy rzut oka, może mieć wrażenie, że ogląda obrazy o charakterze religijnym. Przy dłuższym oglądaniu dostrzegamy jednak, że to człowiek gra kluczową rolę w twórczości Joanny Woś. Prace młodej malarki przedstawiają naturę człowieka i rzeczywistość w jakiej egzystuje.



Fot. Paulina Podolska.



Jak twierdzi sama artystka, obrazy dotyczą spraw przyziemnych, z którymi każdy z nas zmaga się w codziennym życiu. Problemem, który Joanna Woś chciała zakomunikować w swojej pracy artystycznej, jest zdecydowanie dominacja wszechobecnych systemów prawnych oraz instytucji. Analizując poszczególne dzieła, możemy dostrzec negatywne emocje, które władają człowiekiem w dzisiejszych czasach. Sprawy, z którymi zmagamy się na co dzień, to brak sposobu na wyjście z opresji i świadomość powagi niektórych sytuacji. Człowiek, pomimo trudu i niepowodzeń, stara się przywrócić życiową harmonię i ład.

Obrazy przedstawiają anonimowe postaci, bez wyróżniających się cech charakterystycznych. Wszystkie figury namalowane na pracach Joanny Woś, są praktycznie jednakowe. Widz świadomie utożsamia się z podmiotem i analizuje jego sytuację przez pryzmat doczesnej egzystencji. Prace oprócz spraw politycznych, nawiązują poprzez swoją odważną formę do seksualności człowieka, która wydaje się być bardzo skomplikowana. Artystka poprzez odważne pozy postaci, oddziaływuje na wyobraźnie, odbiorcy i zwraca uwagę na ludzką cielesnoć.



Fot. Paulina Podolska.



Styl studentki przypomina dzieła malarza i grafika polskiego pochodzenia Jana Lebensteina. Artysta uprawiał oryginalną odmianę malarstwa figuratywnego, w którym również obrazował problemy natury codziennej. Postaci z prac Joanny Woś przypominają formalnie człowieka malowanego przez Lebensteina. Grafik trudnił się ilustrowaniem wielkich dzieł literackich, takich jak “Folwark zwierzęcy’’ George’a Orwella. Tworzył również grafiki do ksiąg biblijnych (Apokalipsa św. Jana, Księga Hioba). Przedstawienie ludzkości wydaje się być mocno fantastyczne, zarówno w pracach malarki, jak i Jana Lebensteina.

Seria obrazów ściśle ze sobą koresponduje. Artystka zdecydowała się użyć mocnych i czystych odcieni czerwieni i czerni, które w większym stopniu oddziaływują na uczucia odbiorcy. Obrazy olejne, namalowane zostały dużymi plamami co sprawia, że wydają się być płynne i wygładzone. Takie zagranie estetyczne wywołuje pozytywne odczucia, niezależnie od zawartego przekazu. Joanna Woś mocno uprościła sylwetkę człowieka oraz ograniczyła się do zawężonej gamy kolorystycznej, dzięki czemu całość wystawy, wydaje się być bardzo spójna i przemyślana.

Artystka chce wzbudzić w odbiorcy poczucie jedności. Jej prace wywołują zadumę oraz chęć poznania własnej osobowości. Jak sama mówi, obrazy te mają sprowokować widza do uaktywnienia jego wrażliwości i odporności na sprawy związane z życiem codziennym. Przedstawione postaci symbolizują każdego z nas. Uświadamiają tym samym, że wszyscy zmagamy się z podobnymi problemami, które wymagają takich samych poświęceń i wyrzeczeń niezależnie od sytuacji. Wystawa bardzo dobrze wpasowuje się w otoczenie uczelnianej Galerii Pod Psem. Ekspozycja sprawia, że nie da się przejść obok niej obojętnie.



Paulina Podolska




Joanna Woś, Pracownia Normana Smużniaka, Galeria Pod Psem,
Akademia Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta we Wrocławiu,
maj 2018.



Share
Tweet
Pin
Share
No komentarze


W środowisku Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu, kiedy nadchodzi wiosna a drzewa się zielenią naturalnym jest, że wkrótce na korytarzach uczelni zobaczyć będzie można plakaty zapraszające na coroczne wydarzenie na wyspie Piasek, czyli wiosenne malowanie korzeni „drzewa” Jerzego Beresia. I w tym roku (23 kwietnia 2018) odbyło się oficjalne malowanie przez studentów I roku Mediacji Sztuki we Wrocławiu.




Fot. Aleksandra Kanoniak.


Geneza powstania rzeźby jest długa i zawiła. Projekt przygotowany został na słynne Sympozjum Plastyczne Wrocław '70. Wówczas we wrocławskim Muzeum Architektury odbyła się wystawa projektów, z których zostały wybrane i zrealizowane następujące prace: Kompozycja pionowa nieograniczona Henryka Stażewskiego, Krzesło Tadeusza Kantora oraz Arena Jerzego Beresia. Jednak mimo obietnic, nie została ona podobnie jak pozostałe, wówczas zrealizowana. W 1972 roku w okrojonej wersji Arena zaistniała po raz pierwszy. Niekompletna stała na wyspie Piasek do 1983 roku, kiedy to została usunięta na rzecz lądowiska śmigłowca, w którym wylądować miał odwiedzający wtedy miasto Jan Paweł II. W całości projekt zrealizowano w 2010 roku, gdy stworzono kolisty plac, zasadzono drzewka, a całość została otoczono ławeczkami. Z okazji 40 rocznicy Sympozjum Plastycznego Wrocław '70, w obecności autora uroczyście odsłonięto ukończoną rzeźbę.

Rzeźba Jerzego Beresia jest zdecydowanie praca żywą. Odradzająca się co roku. Zgodnie z zamysłem i życzeniem artysty, pień a precyzyjniej korzeń drzewa, co roku, wiosną ma „zakwitać” i cieszyć oko intensywną zielenią jak pozostałe drzewa i trawy wokół.

Często powtarza się że, nie można ograniczać symboliki Areny tylko do powitania wiosny czy ekologi ma ona głębsze symboliczne znaczenie, jak pisze Andrzej Kostołowski: „(...) W projekcie istotne stało się też to, że korzenie, będące konarami odwróconego drzewa (znów podwójność i odwrócenie), co roku na wiosnę mają być malowane na zielono. Symbolika wyrwanego z korzeniami drzewa jest aluzją do wypędzeń i przesiedleń we Wrocławiu i kontrastuje biegunowo z coraz wyższymi rosnącymi-też w tym kole-młodymi drzewami, które z czasem zdominują wysokością cały układ, a stały się zapowiedzią nowego życia miasta nad Odrą. Kultura/natura, przeszłość/przyszłość, życie/śmierć, destrukcja, odnowa-układ co najmniej czterech spolaryzowanych pojęć jest w tej pracy bogaty. (...)” *

Arena to nie jedyna praca artysty, która z założenia ma się powtarzać. Manifestacja Romantyczna Jerzego Beresia to performens, które w zamyśle artysty również ma swoje rekonstrukcje. Po krótce działanie to przewidywało rozpalenie na rynku jakiegoś miasta pięciu ognisk: NADZIEI, WOLNOŚCI, MIŁOŚCI, GODNOŚCI oraz PRAWDY. Odtworzeniem i organizacją działania zajmuje się Fundacja im. Marii Pinińskiej-Bereś i Jerzego Beresia.

Organizowaniem wydarzenia malowania „drzewa” Beresia zajmuje się katedra Mediacji Sztuki wrocławskiego ASP wraz z opiekunem Marią Wrońską i asystentem Tomaszem Niedziółką. Na coroczne malowanie przybyło około pięćdziesięciu osób. Wśród gości pojawili się profesorzy z wrocławskiego ASP, studenci, a także córka artysty Bettina Bereś. Drugą częścią wydarzenia było spotkanie w Pracowni Otwartej- wykłady gościnne, organizowane przez Ewę Zarzycką. Tematyką spotkania był wykład, pokaz, spotkanie z Bettiną Bereś oraz Oskarem Hanuskiem o Fundacji Marii Pinińskiej-Bereś i Jerzego Bersia.



Fot. Aleksandra Kanoniak.









Aleksandra Kanoniak




Link do wydarzenia: https://www.facebook.com/events/2052715725017673/
Organizatorzy wydarzenia: Fundacja im. Marii Pinińskiej-Bereś i Jerzego Beresia oraz Katedra Mediacji Sztuki z Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta we Wrocławiu.

*
Andrzej Kostołowski, „Uwagi o profetyzmie Jerzego Beresia”, http://archiwum-obieg.u-jazdowski.pl/prezentacje/32643

Share
Tweet
Pin
Share
No komentarze

Ilustracja odgrywa  bardzo ważna rolę w niejednej historii. Dzięki niej, nie umiejące jeszcze czytać dzieci samodzielnie mogą sięgać po książkę i odtwarzać po swojemu usłyszane wcześniej historie. Dlatego ich jakość i wartość artystyczna ma takie znaczenie. Jest to najczęściej pierwsze spotkanie ze sztuką, a ważne jest aby od samego początku oglądać obrazy wartościowe, ponieważ niejednokrotnie przekłada się to na nasz gust w dorosłym życiu.


Ulubiona książka z dzieciństwa, często przewija się przez całe nasze życie. Ulubiony bohater, przygody czy wykreowany w niej świat pozostają w naszej głowie na długie lata. Jako dzieci przeżywamy je mocno wraz z bohaterami książki, a jako dorośli poszukujemy w nich wyższych wartości. Kiedy do nich powracamy, po latach, staja się wehikułem czasu  i ze wzruszeniem wracamy do dzieciństwa.

Wystawa Peek a boo. Polska Ilustracja dla dzieci, prezentuje książki 16 polskich rysowników, którzy zmierzyli się z najtrudniejszym odbiorcą, czyli dziećmi. Na wystawie możemy zobaczyć ilustracje: Edgara Bąka, Katarzyny Boguckiej, Iwony Chmielewskiej, Roberta Czajki, Agaty Dudek, Emilii Dziubak, Małgorzaty Gurowskiej, Moniki Hanulak, Marty Ignerskiej, Aleksandry i Daniela Mizielińscy, Marianny Oklejak, Paweła Pawlaka, Oli Płocińskiej, Dawida Ryskiego, Piotra Socha, Marianny Sztymy. Dzięki temu, że pojawiło się tak wiele nazwisk, wystawa jest bardzo różnorodna, a sam jej charakter odmienny od standardowego pokazywania ilustracji. Nie zobaczymy tutaj ram z wydrukowanymi rysunkami. Obiektami na wystawie są książki. Aby obejrzeć twórczość poszczególnych autorów musimy sięgnąć po jedną z publikacji i poświęcić jej chwilę. Umożliwia nam to zaprojektowana, specjalnie do wystawy, scenografia, wraz z siedziskami, pufami, stolikami przystosowanymi do spokojnego przeglądania. Elementami wystawy są również animacje i interaktywna aplikacja, dzięki,której widz może zmienić się w postać z bajki.


Plakat promujący wystawę.



Autorem publikacji, którego więcej niż jedna książka została pokazana na wystawie jest Dawid Ryski. W BWA Dizajn możemy zobaczyć zilustrowane przez niego: All My Animals, Alphabetics, What grown up doing all day, wszystkie publikacje stworzone dla wydawnictwa Gestalten. Ilustracje Ryskiego charakteryzują się minimalizmem i wyczuciem koloru. Artysta w swoich rysunkach ogranicza się tylko do kilku barw, a kształty postaci czy architektury sprowadza do geometrycznych form. Jest to duża wartość jego prac, zarówno dla dzieci jak i dla dorosłych. Otaczający nas świat atakuje nas zewsząd multi kolorowymi obrazami przez co każdy z nas może poczuć się przebodźcowany. Chwila w której przeglądamy ilustracje Ryskiego daje możliwość uspokojenia się i wyciszenia. Jednocześnie rysunki we wszystkich wymienionych publikacjach, nie są infantylne. Pomimo, że świat, który jest w nich pokazany adresowany jest do niedojrzałego odbiorcy, ilustracje Ryskiego mają dużą wartość artystyczną i mogą funkcjonować poza książką jako pełnoprawny obraz.

All My Animals to książka, prezentująca dwadzieścia trzy zwierzęta i dwadzieścia trzy akcesoria. Wiersze Lauren Napier tworzą zabawną narrację, która uzupełniona jest o ilustracje Dawida Ryskiego. Zwierzęta przedstawione w tej publikacji, stanowią dominantę na każdej rozkładówce książki. Sowa, słoń czy kot wypełniają swoją postacią całą kartkę po prawej stronie, a wiersz stanowi zaledwie fragment na lewej stronie rozkładówki. Ilustrator wkradł się również na tę stronę umieszczając na niej małe postacie czy akcesoria, które pojawiają się w wierszu. Kolorystyka tej publikacji, tak jak zazwyczaj w pracach Ryskiego jest ograniczona, możemy odnaleźć maksymalnie trzy czy cztery kolory na stronie. Kolejna książka jest nieco inna. Alphabetics napisana została przez Traci i Patricka Concepción. Jest to książka, zawierająca każdą literę alfabetu do której Ryski stworzył postać, która ją uosabia, a całości towarzyszy zabawny tekst oparty na aliteracji. Pod względem artystycznym jest to publikacja dla każdego odbiorcy, wiek nie ma znaczenia. Wysmakowane ilustracje postaci zaspokoją wielbicieli grafiki, a aspekt edukacyjny na pewno stanowi wartość dla dzieci. What grown up doing all day w przejrzysty sposób odkrywa przed dziećmi tajemniczy świat dorosłych. Pozwala im poznać tajniki poszczególnych zawodów i zainspirować do przyszłych wyborów. Ilustracje Ryskiego w tej publikacji mają klimat starych książek, kolory są stonowane, postacie ludzkie charakterystycznie uproszczone. Istotą obrazu jest czynność, którą wykonują dorośli. W tej książce Ryski w swoich rysunkach posłużył się większą ilości elementów, jednak nie zaburzyło to jego minimalistycznego stylu. Znający jego twórczość widz, bez problemu rozpozna w tych ilustracjach styl Ryskiego.

Peek a boo. Polska Ilustracja dla dzieci na pewno nie jest tylko wystawą dla najmłodszych. Dorośli odnajdą na niej piękne obrazy, dzieci nowe przygody. Polska ilustracja przeżywa swój wielki renesans. Od kilku lat, zarówno twórcy jak i odbiorcy odkrywają ją na nowo. Wydawcy wrócili do tego sposobu obrazowania tekstów nie tylko dla dzieci. Wielu dostrzegło również potrzebę edukowania młodego odbiorcy, dzięki czemu możemy na tej wystawie zobaczyć ilustracje na najwyższym poziomie.



Magdalena Weber



Peekaboo – polska ilustracja dla dzieci,
23.03-6.05.2018 galeria Dizajn BWA Wrocław.





Share
Tweet
Pin
Share
No komentarze
Marian Wołczuk jest profesorem Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta we Wrocławiu. Zajmuje się malarstwem i rysunkiem. Miał wiele wystaw indywidualnych prezentujących jego malarstwo, rysunek oraz szkło. Uczestniczył również w wystawach międzynarodowych i prezentujących polską sztukę współczesną. Został odznaczony Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis. Jego prace znajdują się w zbiorach prywatnych i muzealnych w Polsce oraz w USA, Australii, Niemczech, Austrii, Szwajcarii, Szwecji.


Fot. Iraida Hunczak.

Na wystawie „Moja przestrzeń” zaprezentowane zostało jego malarstwo. Jest ono „dźwiękiem” wyrażonym w barwach i strukturach. Dla tego artysty nawet cisza ma wiele kolorów. Stara się on pokazać w swoich obrazach proces twórczy, transformację, pewną równowagę, która wyłania się z chaosu. Inspiracja otoczeniem odgrywa tu ważną rolę, spokojne łono natury a zatłoczone, kakofoniczne, chaotyczne miasto, wywierają skrajne emocje dające się odczytać w pracach. Kolor farby wyraża tu myśl, niepokój, zachwyt bądź ulgę. Na przykład czerwona barwa jest symbolem bardzo wysokiego, niepokojącego dźwięku. Abstrakcyjne kompozycje otwarte często przybierają charakter geometryczny. W obrazach można dostrzec realne pejzaże, jak i ich dźwięki. Formaty podobrazi jakie zostały użyte sięgają od 60 na 60 cm do 100 na 100 cm. Palety barwne i rodzaje kompozycji są bardzo różnorodne. Każde jego dzieło jest niepowtarzalne i wyjątkowe, przepełnione innym ładunkiem emocjonalnym.

Fot. Iraida Hunczak.

Marian Wołczuk w młodości dokonywał prób wyrażenia, opisania przestrzeni poprzez eksperymenty z technikami. Obecnie chodzi mu o ukazanie treści otoczenia, które cały czas się zmienia i zacieśnia.


Fot. Iraida Hunczak.

Za istotę tych kompozycji uważam przekazanie informacji, że świat jest kolorem. Twórca konsekwentnie, oryginalnie i w interesujący sposób realizuje postawiony sobie, niebanalny temat. Nie jest rzeczą prostą opowiadanie o dźwięku i przestrzeni za pomocą malarstwa. Jego twórczość bardzo dobrze spełnia swoją misję.




Iraida Hunczak





Prof. Marian Wołczuk, „Moja przestrzeń”, styczeń 2018.

Galeria Neon, ul. Traugutta 19/21, Wrocław.

Share
Tweet
Pin
Share
No komentarze



Miron Białoszewski zamknął jej wieloletnie poszukiwania w trzech słowach: „trud myślanego ruchu”. Wiersz o takim tytule powstał po spotkaniu poety z malarstwem Teresy Tyszkiewiczowej. Twórczy dialog tych nazwisk wcale nie dziwi, bo oboje artyści wnikali w sztukę głęboko, wrażliwi na najmniejsze drgania - Białoszewski w słowie, Tyszkiewicz w obrazie. Ona wierzyła, że akt twórczy zbliża ją do uniwersum, byleby tylko dłoń nosiła intuicja, a pędzlem pchnęła czysta emocja. Chciała odnaleźć przejście i wypuścić wewnętrzne żywioły. Czy jednak była świadoma jakie drzwi otwiera?

Maria Teresa z rodu hrabiów Ledóchowskich urodziła się w 1906 roku w Krakowie. Wychowywana w szacunku do wielkich tradycji swój debiut artystyczny utrzymała w nurcie klasycznych scen figuralnych i portretów. Atmosfera rozpowszechniającej się po wojnie awangardy skłoniła Teresę, już wówczas Tyszkiewiczową, do przejścia na stronę eksperymentatorów. Zaproszona do „I Wystawy Sztuki Nowoczesnej” w Krakowie zaprezentowała, jak sama mówi, świat „w nowym wymiarze”. Od tamtej pory zajmowała wysoką pozycję w środowisku, w którym toczono przełomowe dyskusje na temat losów malarstwa. Razem z Władysławem Strzemińskim oraz Stefanem Wegnerem na czele wytyczała nowe ścieżki edukacyjne łódzkiej PWSSP. Manifestowała spontaniczność gestu wobec malarskiego racjonalizmu swoich kolegów. Ceniona jako artystka i pedagożka zmarła w 1992 roku. Dziś na jej temat panuje względna cisza.

Jest jeden obraz: „1/66” z cyklu „Przejścia”, który mówi, kiedy inni milczą. Powstały w 1965 roku, teraz w kolekcji Grażyny i Jacka Łozowskich, wisi w Muzeum Miejskim Wrocławia. Wśród tysięcy mistrzowskich pociągnięć on jeden, jak notatka w znaku chińskim. Komunikat głośny, pełen tajemniczej treści, elegancki i czysty. Zamaszyście jednym ruchem nakreślony. Od brzegu do brzegu znaczy horyzont, a kroplami, które przy tym z pióra spadły wychodzi ukradkiem w przestrzeń.

Nie, chwileczkę, to nie znak, to owad, widzę jego czułki. Zamrożony w półobrocie. Złapany w półkroku, gdy tylko na sekundę pojawił się w granicach widnokręgu. Odpycha się od ramy całym ciężarem owadziego skrzydła i odchodzi. Pełen światła i przezroczy prezentuje lekkość właściwą żurawiom pochylonym nad miastem. Niepokorna kreska zastyga w celu. Na obrazie biało. 

Wtedy: zryw. Dynamiczne mazy w zagięciach łuku przeistaczają obiekt w bieg. Ruch i zatrzymanie – akcja i refleksja. Przetarty pędzlem wyschłym w locie, rachityczny trójkąt. Jedna jego ściana znika, druga nadlatuje. Trzecia spada, wierci, wzmacnia pęd, aż znika. Każdy element w ruchu zamarły, jak żywy organizm mechanizmem ograniczony.

Nieco niżej: ramię z kolcami i krzesełkiem na stelażu, jak kosmiczny satelita zamknięty w rusztowaniu. Na samym dole cokół - masywny poziom utrzymujący rozedrgane łuki. Rozciąga się od lewej i rośnie, jak wydma w nadmorskim krajobrazie. Jak promenada, co pamięta wodę tu jedynie wątłą kreską wspomnianą. Suche dno obłapuje obiekt, aż do samego kręgosłupa obrazu 
z cienką linią światła znaczącej jego pion. Od geometrii do bezmiaru. Owad zmierza w bezmiar. Długo będzie wędrował.

Kiedy wpatruję się w ten kształt nakreślony, czuję jakbym w czasie tworzenia była z Teresą Tyszkiewiczową w jednym pokoju. Autentyczność wyrazu otwiera coś w rodzaju przejścia. Z nosem przy płótnie wchodzę wprost do głowy artystki. Tam: porządek, jasne myśli, umysł w stanie zen. Pod koniec lat 50. Tyszkiewiczowa zwróciła się w stronę taszyzmu. W tym nurcie odnalazła instynkt, traktowany jako czynnik decydujący w procesie twórczym. Taszyści, uwolnieni spod kontroli rozwagi, „atakowali” płótno plamą. Tyszkiewiczowa jednak wkrótce zrezygnowała z koloru i odtąd malowała już tylko czarno-białe kompozycje. Wierzyła, że poprzez abstrakcję uwalnia obrazy wymykające się jej podświadomości i w ten sposób jest w stanie zbliżyć się do wielkiej prawdy. Za przewodnika filozofii traktowała Teilhard de Chardin, który głosił, że celem człowieka i świata jest jedność duchowa. Energię czerpała natomiast ze sztuki hinduskiej, która, jak sama zanotowała „pomaga w osiąganiu celów egzystencji, z których najwyższym jest wyzwolenie”. Religijności Tyszkiewiczowej nie należy rozpatrywać inaczej niż poprzez kalkę kultury humanistycznej. Sztukę traktowała z nabożnością właściwą wyznawcy. W poszukiwaniu Boga, kreśliła własne sny.

O swojej epoce mówiła, że „pozbawiona jest formy, bo jedna się skończyła, a druga jeszcze się nie wyjaśniła”. To samo dostrzegała w sztuce, która utkwiona w międzyczasie pływała po bezkresnych wodach pozbawionych kształtu. Nieskrępowane tworzywo malarskie samo w sobie stanowiło esencję poszukiwań Tyszkiewicz. Bez narzuconych reguł mogło żyć własnym życiem, dotrzeć do pierwotności. Cykl „Przejścia” ukazuje moment zawieszenia przed ustaleniem nowego porządku. Obiekt, który widnieje na płótnie należy do świata poza materią. 

Obraz Tyszkiewicz wygląda jak ukryta wiadomość. Jednak w malarskim języku artystki nie ma słów. Żaden hipertekst nie organizuje odczytu. Nie ma symboli, prostych odniesień czy wskazówek. „Najlepszy obraz to ten, który ma największą moc pobudzania skojarzeń”, mówiła.

W samym środku wielu treści ukrywa się przejście. Teresy Tyszkiewiczowej nie zaspokaja obraz w stanie bycia. Stąd 1/66 nie „jest”, a „dzieje się”, jak dramat, co ożywa poprzez kontakt z drugim człowiekiem. Ruch jej pędzla zagiął przestrzeń, poruszył nowy świat, uwypuklił płaskie płótno. Patrzę w obraz jak w lustro. Wszystko, co w nim znajduję dobrze znam. Odkopywane znaczenia? Moje własne myśli. Wyobraźnia, która generuje w głowie obrazy, wykopuje je ze wspomnień. Tyszkiewicz jednym ruchem przenosi ludzi w świat ich fantazji. Prezentuje przestrzeń wolną od drogowskazów, wpuszcza w nią czystą energię. 

Skoro obraz to drzwi, kluczem jest intuicja. Zza zamkniętych wszystko tajemniczo dźwięczy, krzyczy, szumi, hałasuje. Wystarczy się obrócić, a nastaje cisza. Zastanawia mnie tylko, co by było, gdyby na zawsze pozostały otwarte?

Jagna Nawrocka
Share
Tweet
Pin
Share
No komentarze
Rozmokła zima we Wrocławiu nie sprzyja wycieczkom ani do centrum, ani do spożywczaka. Postanowiłam przełamać w sobie tę deszczowo-mglistą niechęć i gubiąc po drodze parasolkę dotarłam do Muzeum Miejskiego we Wrocławiu. Okazuje się, że była to najlepsza decyzja w tym tygodniu, a może nawet w całym sezonie jesienno-zimowym. Przytulne miejsce wyciszyło chandryczne nastroje. Zaciemnione pomieszczenia z pojedynczymi snopami światła sprawiły, że obrazy zdawały się wychodzić do mnie ze ścian Pałacu Królewskiego. Z głośników docierała do mnie kojąca muzyka klasyczna – ciepło, miło, nic tylko napić się herbaty i popatrzeć na dzieła polskiej sztuki współczesnej. Wystawa "Wyobraźnia i rygor" zebrała wiele pereł, prawdziwy ich sznur. Jednak mnie szczególnie zaciekawił obraz Erny Rosenstein "Sekunda".

         Praca jest niewielka, utrzymana w odcieniach brązu i żółci. Nie rzuca się
w oczy. Otacza ją aksamitne czarne passe-partout. W górnej jego części skupiają się linie o nieregularnych, organicznych kształtach. Poniżej tych falistości widać coś małego - dwa pociągnięcia pędzla połączone końcami jak szczelina. Płaszczyzna obrazu jest dość chropowata, tytuł zaś lekki, ulotny a może nawet nieuchwytny? Bo czym jest sekunda? Każdy wie – jedną  z podstawowych jednostek pomiaru czasu. Jednak przy codziennym biegu wydarzeń zazwyczaj używamy minut, bądź godzin. Jak w warkoczu nie doszukujemy się pojedynczego włosa, tak w perspektywie całego życia sekunda jest drobiazgiem. Kroplą w oceanie czy też morzu potrzeb - zwłaszcza jeśli żyje się z prędkością XXI wieku. U Erny Rosenstein ten odłamek przestrzeni został chwycony i zatrzymany. Skupione w górze obrazu linie przywodzą mi na myśl rysowanie światłem w powietrzu – każdy kiedyś to robił, machał latarką i patrzył jak przez krótki moment ciemność niesie jego wiadomość. Kolejnym skojarzeniem było fotografowanie samochodów po zmierzchu. Auta jadące z szaleńczą prędkością zostawiają za sobą czerwone i żółte serpentyny świateł. 

     Wtedy pomyślałam, że przedstawiona chwila jest swego rodzaju przerwaniem ciągłości czasu - wyciętym kadrem, może nawet skradzionym. Tylko komu? Mi? Ernie Rosenstein? Każdemu kto to ogląda czy każdemu w ogóle? Zawłaszczona przez artystkę sekunda wyrwała fragment czasoprzestrzeni. Nie tylko z roku 1983 (kiedy to praca powstała), ale z każdego istnienia, które przystanie przy rzeczonym obrazie. Oczywiście, spędziłam przy nim nieco dłuższą chwilę, ale myśląc o tym co widzę zostałam szybko i niezauważalnie ograbiona z kawałka mnie, by wypełnić czasową szczelinę. Wtedy przelatywały mi przez głowę opisane już skojarzenia, a kiedy został po nich tylko podmuch wiatru stwierdziłam, że sekunda to jednak całkiem sporo. Ile może się wydarzyć, pojawić i zniknąć, ile słów można wypowiedzieć, ile razy mrugnąć okiem. Nie będę przeliczać, ale powiem – dużo. Dużo więcej dzieje się w nas niż na malarskim podłożu artystki, myślę, że o to też jej chodziło. Mistrzem swego fachu można nazwać tego, kto w prosty sposób opowiada o sprawach skomplikowanych. Dlatego też kłaniam się nisko Pani Rosenstein, bo przypomniała mi, że krótkie może być długie, ot co! Że przypadek nie jest zupełnie przypadkowy, bo linie choć wygięte i poplątane wydają się płynąć
w tym samym kierunku. 


Fot. Jerzy Ferodowicz
Od lewej: Józefa Bogdanowicz, Henryk Stażewski, Julian Przyboś, Erna Rosenstein,
Maria Ewa Łunkiewicz, Ludmiła Popiel

Sama artystka również była postacią nieoczywistą. Jej tożsamość plastyczną dopełniała pisana przez nią poezja, której zebrała ilości wystarczające, by wydać kilka tomików. Jej droga malarska prowadziła przez fascynacje organicznymi formami natury i jej soczystą witalnością. Następnie kompozycje przeszły w fazę geometryczną, niekiedy wręcz architektoniczną. Stopniowo ograniczały się, kondensowały, by dotrzeć do prac z dużą ilością powietrza i przestrzeni. Często tworzyła też kolaże i asamblaże wykorzystując codzienne przedmioty, ich fragmenty czy wręcz  pozostałości. Dawała im drugie życie i dekorowała w nowe znaczenia. Ta zmienność może być tylko dowodem na to, że Rosenstein nieustannie poszukiwała. Poprzez prace zadawała pytania sobie i publiczności. Czego innego moglibyśmy się spodziewać po artystce słowa? Twórczość poetycka z pewnością wpływała na jej sposób konstruowania obrazu. Może stąd ta wyrazista kreska? Myślę, że każda z nich może być odbiciem słowa, treścią znaną tylko autorce. My przy tym hieroglificznym zapisie możemy tłumaczyć go zgodnie z naszymi potrzebami. 


Sztuka nie musi być konkretna i jednoznaczna. Najbardziej przyciąga kiedy możemy odczytywać ją po swojemu. Wychodząc od nadanego tytułu, przechodząc przez wspomnienia, doświadczenia, codzienną krwawicę i krainy szczęśliwości. To najbardziej satysfakcjonująca forma spotkań z tą dziedziną. Dzięki temu nikt nie czuje się niekompetentny, nikt nie jest wykluczony. Jedni obrazy czytają, inni wspominają, przemyśliwują, analizują, apoteozują, upraszczają. Grunt, że mają chęć to wszystko robić. Nawet w takie brzydkie zimy jak ta we Wrocławiu.

Ida Sielska
Share
Tweet
Pin
Share
No komentarze
« 4. Albowiem ktokolwiek się towarzyszy ze wszystkimi żywymi, ma nadzieję, (Gdyż i pies żywy lepszy jest, niż lew nieżywy).
5. Boć ci, co żyją, wiedzą, że umrzeć mają; ale umarli o niczem nie wiedzą, i nie mają więcej żadnej zapłaty, gdyż w zapamiętanie przyszła pamiątka ich.
6. Owszem i miłość ich, i zazdrość ich i nienawiść ich już zginęła, a nie mają więcej działu na wieki we wszystkiem, co się dzieje pod słońcem.»
Eklezjasta, rozdział 9.

Vajiko Chachkhiani, autor instalacji «A Living Dog in the Midst of Dead Lions» («Żywy pies w otoczeni zdechłych lwów»), przenosi spróchciały drewniany dom, znaleziony w górzystej prowincji w zachodniej Gruzji wprost do przestrzeni Arsenału w Wenecji.

Moja uwaga przeskakuje z jednego detalu na kolejny: lampa na stole, w kuchni suche kwiaty, zdjęcie nad łóżkiem. W powietrzu kurz, pleśń, wilgoć. Zapach starości i drewna.

Nikogo nie było tutaj od wielu lat. Jest to pomnik zapomnienia.

Fot. ymlp.com

Podobnie do tego, jak imponująca sztuka może ukrywać w sobie gleboki sens, tak i nasze codzienne zycie może być pełne spektakularnych wydarzeń.

Artysta zastanawia się nad naturą psychylogicznych metamorfoz po traumatycznych zdarzeniach wojny w Gruzji. Porusza temat zaginięć zwykłych ludzi, z których każdy jest początkowym i końcowym punktem formułowania aktualnej wizji świata.

«Wnętrze się zmieni, ale wygląd zewnętrzny pozostanie taki sam. Jak traumatyczne doświadczenia przebudowują całe wewnętrzne życie człowieka»  pisze Vajiko Chachkhiani.
Fot. ymlp.com


Gruzyński autor nie zamierza przedstawiać konkretnej osoby, tylko skupia się na miejscu jej zamieszkania. Artysta bada relacje między rzeczami i ich właścicielami. Za pośrednictwem architektury i przedmiotów codziennego użytku, opowiada historię człowieka. Vajiko Chachkhiani «przekształca» zagubioną cichą chatkę w wieloznaczny symbol samotności i pamięci, wiary i werności, korzeni i bezdomności, biografii i losu. 

Jean Baudrillard pisał, że «ludzie i rzeczy są ścisle powiązane, w wyniku czego pojawia się afektywna wartość, którą przyjęło się nazywać «obecnością».

Dom jako metafora życia. Dom jako portret kobiety, która starzała się tutaj, która tu zniknęła. Wszysko zostawione jest na swoich miejscach. Ale od jakiego czasu dom zalewa woda? Pleśń już pożarła tapety, podłoga przegniła. Tego deszczu nie da się zatrzymać, nie można przewrócić wnętrzom ich wygasłego blasku. Woda jako niszczycielka życia i woda jako jego źródło.

Tak naprawdę w dachu zainstalowany jest system irygacyjny, w suficie są dziury, przez które kapie woda. Prosty pomysł nagle przeobraża zwyczajny, tradycyjny dom w filmową dekorację w stylu Andrzeja Tarkowskiego.

I nawet jeśli tajemnica techniki została odkryta, ale magia wciąż nie odchodzi, wtedy mówimy o sztuce. 

* Biennale w Wenecji 13.05 - 26.11






Polina Vashkevich
Share
Tweet
Pin
Share
No komentarze
Newer Posts
Older Posts

Kim jesteśmy?

Krytyka Artystyczna to przedmiot warsztatowy na kierunku Mediacja Sztuki, prowadzony pod kierunkiem dr Agnieszki Kłos na Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta we Wrocławiu.
Piszemy teksty krytyczne, artykuły, recenzje z aktualnych wydarzeń kulturalno-artystycznych w szkole, naszym mieście i regionie.

Facebook

Facebook Krytyki Artystycznej

Instagram

Instagram Krytyki Artystycznej

Stare Dzieje

Archiwalny Blog Krytyki

Archiwum Bloga

  • czerwca (1)
  • maja (33)
  • stycznia (19)
  • czerwca (8)
  • maja (15)
  • kwietnia (2)
  • stycznia (20)
  • grudnia (1)
  • czerwca (20)
  • maja (9)
  • kwietnia (2)
  • marca (1)

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates